Tydzień tymiankowy

Piosenka bierze mnie za rękę. Idę, dokąd prowadzi. Omijam drogi pełne tłumu, błądzę poboczami, włażę na stare, zarośnięte ścieżki. Tylko tutaj zagra darbuka, minę kogoś w cylindrze, zaboli gorzkie tango, zapachnie macierzanka.
Po cichu i niepostrzeżenie wychodzą z użycia przeróżne rzeczy: linijki i stolnice, różnobarwna mulina, ortografia, nadmanganian kali (a miał tyle magii), trzepaki i gra w dwa ognie, miednice, atrament i krajka.
Zioła zostają.
Tymiankowy tydzień, takie sobie przedsięwzięcie. Właśnie przedsięwzięcie, nie "projekt".
Stare skrzynki, które nabrały patyny, ustawiam w mały stragan. Na drewnianej, dalekiej od gładkości ladzie, chybocze wyszczerbiony kubek, w nim bukiecik z gałązek tymianku. Znowu wyszedł mi vintage. Czy są leki leczące z sympatii do przeszłości?
Będzie zabawa w sklep, w bycie poza czasem, w nie pamięć. Trzeba się schylić. Z dołu gorzej widać, jeszcze nie wiadomo w ilu awanturach weźmie się udział, ile zrobi się i samemu zazna przykrości.
Tymianek pachnie i leczy, rozbija nudę nieprzyprawionych dań, nieważne z czego; pasuje do warzyw, ryb i mięs.
Znacie francuskie, żeliwne garnki w kolorach ślicznych, letnich sukienek?
Są ciężkie, a przy tym słonecznie żółte, czerwone lub lazurowe. Chęć gotowania, nawet jeśli jeszcze jej nie ma, przychodzi wraz z wyjęciem tego garnka z szafki. A potem krojenie dojrzałych warzyw w dużą kostkę, złoty chlust oliwy, geometryczny, jak z arabskich kafelków, wzór soczystych barw wymieszanych warzyw. Garnek jest odpowiednio duży, mieszać w nim, to kolejna przyjemność, niby nic, a tyle stanowczości i dobrze użytej siły. Na koniec trzy gałązki niepozornego tymianku, zanurzone w całości. I na długo intensywnie pachnące palce.
W swojej kuchni witam gościa z Nicei. Oryginalna pisownia "ratatouille" sugerowałaby francusko zadarty lekko nosek, a tymczasem oznacza "podłe jedzenie z resztek". Akcja toczy się w Prowansji, podłe resztki dojrzewają właśnie w nadmiarze na urodzajnej ziemi, cóz to za mało wyrafinowane danie z tak powszechnie dostępnych składników... Nosek jednak jest ciut zadarty.
Przynajmniej jeden składnik, bakłażan, powinien być podsmażony osobno. Dwa składniki - pomidor (uwaga, lepiej nie dawać go za dużo) i papryka powinny być obrane ze skórki (papryka po obraniu zwykłą obieraczką do warzyw jest dużo smaczniejsza, lżej strawna i nagle wiadomo, co w niej przeszkadzało). Cebula, cukinia, dynia, a nawet trochę ziemniaków. Jeść można na ciepło i na zimno, najlepiej z grzanką z dobrego pieczywa. Tak smakuje późne lato, na szczeście nie tylko w Prowansji.
Tymianek wchodzi w skład tak zwanych ziół prowansalskich, gotowej mieszanki, której w Prowansji wcale się nie używa. Tam samemu dobiera się zioła do potrawy , łącząc je dowolnie i za każdym razem trochę inaczej.
Zamiast mielonego ziołokurzu w torebce, świetnie byłoby zobaczyć w naszej kuchni boquet garni, mały bukiecik złożony z tego, co widać jak na dłoni : po jednej gałązce tymianku, pietruszki, rozmarynu, cząbru, selera i listka laurowego. Związany nitką , zanurzony w daniu, a po ugotowaniu wyjęty jak torebka herbaty. Aspiryna na kulinarną rutynę.
Bukiecik wymyślony przed 300 laty, miał zapobiec modzie nadmiernego w tamtych latach wszechprzyprawiania, wprowadzić nowy, wyważony styl. Mogłoby i tu się udać , więcej smaku i aromatu bez otwierania niemalże pustych torebek ze zmielonym nie-wiadomo-czym w cenie kilkadziesięciu złotych za kilogram .

Pęki świeżego tymianku kupuję teraz na najprawdziwszym z bazarów na Kole. Są trochę brudne, trochę zapiaszczone. Znowu, jak zwykle w kuchni, sporo dodatkowej pracy z ich starannym umyciem. Sama, każdą gałązkę z osobna w wodną kąpiel, ( świrokoneser nie myje nic tak delikatnego pod bieżącą wodą), potem na ściereczkę do wyschnięcia. Trwa za długo, ale dodaje malowniczości.
Warto ( i nie zwracam się tu do rzeki), będę dziś piec tymiankowe brioszki.
Jeśli "tymiankowe brioszki" brzmią zbyt pretensjonalnie, nazwę wymówić trzeba z czeskim akcentem. Lekko pretensjonalny ton natychmiast się "ulatni". ( Potem wystarczy już tylko wywabić czechizm).




Oh la, la; był to kolejny odcinek mojego ulubionego serialu -upiecz-sobie-coś- bez sensu - oby z mąki -.
Nadciąga łata... Francuski snob, łazi pod Charlotte, lawendowy chochoł, z blachą pod pachą.
Przed zarzutami uciekam do Nowego Orleanu, tu kuchnia podszyta jest Francją, jak stary piórnik ceratą. Na szczęście nie wszyscy o tym wiedzą, więc nie jestem już snobem, lecz ciekawym świata podróżnikiem.
W Nowym Orleanie mawet ja zapomnę na chwilę o kuchni. Tu mieszka muzyka. Muzycy i pomniki muzyków , uliczne kapele, porywające granie. Akordeon i tarka, na której gra się dwiema łyżeczkami. Bourbon Street, ulica z piosenki Stinga, ta oświetlona księżycem.
Lunatycznie sunę więc wprost na grających najmniej lubianą mi muzykę country. "Jambalaya"; jedna z piosenek, która, im bardziej nie chcesz, tym na dłużej się do ciebie przyklei. Jednak ja wewnątrz mam starą podszewkę ze Stinga, wygrywa "I was innocent lamb". Jak facet z tej piosenki, goszczę tu z powodu zmysłów (innych, lecz nie mniej przyziemnych).

Mam swoją własną , utkaną ze znajomości potraw, kulinarną mapę świata. A potem, gdzieś w drodze, poznaję wymowę nazwy, sprawdzam smak, uczę się dania.
Jambalaya - wyzwaniem, na które się czeka, są przepisy, z każdym czytanym wersem zwiększające nasze zdziwienie.
Kurczak (jasne), chorizo (ok), sporo ryżu (aha, przypomina paellę), kreolska mieszanka przypraw z tymiankiem, tak zwana Święta Trójca tamtejszej kuchni , czyli wszechobecne i w dużej ilości : posiekana łagodna, zielona papryka, seler naciowy i cebula. Oczywiście pomidory, bulion, wreszcie dodawane pod koniec krewetki, sok z pomarańczy i miód. Wszystko gotowane w jednym garnku. Trzeba wyobrazić sobie smak co najmniej 20 składników i przeczuć, czy rozwiązanie zagadki będzie smaczne.
Gotuję, próbuję, piszę tekst, zmieniają sie pory roku, od stołu odchodzę lekko rozczarowana. Nie przepadam za mięsem, a w Jambalayi jest go sporo. Oto zostałam właśnie sam na sam z saganem nowoorleańskiego bigosu i cicho kiełkującą myślą, co mi się bardziej nie udało; potrawa czy odcinek?
Trwa ładowanie komentarzy...