O autorze
Widzę świat przez pryzmat kulinarny, podwójnie ciesząc się swoją pasją. Ona otwiera przede mną obce kraje, prowadzi w ciekawe miejsca gdzieś tuż, tuż, pomaga porozmawiać z ludźmi

Żarliwie o żarciu

Do kuchni trzeba wejść lekkim krokiem i z lekkim uśmiechem. W żadnym wypadku nie wolno być wtedy zdenerwowanym, ani bardzo głodnym. Zbyt dobry humor i głośny śmiech też się nie nadają. Wtedy nalej sobie i innym kieliszek wina, zrób dobrą kanapkę, ale nic nie gotuj.



Kiedy w zwykły ranek ubierasz się do wyjścia, nie szukasz w internecie, czy kolorowym magazynie przepisu na to, jak się ubrać. Swój styl osiągasz dzięki własnej inwencji, strojem pasującym do dnia i Twojego nastroju.

Przepisów szukajmy na specjalne okazje, a na co dzień szybko gotujmy to, co podpowie nam nasz apetyt i zawartość szafek i lodówki. Wtedy unikniemy nudy, rutyny codziennego gotowania i dyktatu przepisów. Nie zdarzy się nam też wyrzucanie z lodówki starych, wyschniętych kawałków sera czy wędlin, resztek śmietany i warzyw. Każdy rzuci czasem pieniądzmi w błoto, ale jedzeniem to już nie powinniśmy. Jeśli tylko będziemy chcieli usłyszeć, samo podpowie, jak je wykorzystać.

W szafce w kuchni trzeba mieć zawsze oliwę z oliwek, dobry makaron, ryż i kaszę, puszki z tuńczykiem, fasolą i pomidorami. W lodówce jajka, mleko, jogurt naturalny, kawałek sera i jakieś warzywa. Jeszcze czosnek, cebula i to, co powinni dawać razem z becikowym; czyli nieodmiennie najważniejszą, półkę z przyprawami. Przydałaby się też w tej wyprawce patelnia grillowa.

Ja sama mam w domu niewiele zapasów, całe bogactwo zakupów zostaje w firmie. Gotuję tak, jak chciałabym Was wszystkich nauczyć. Niedrogo, ale nie zwyczajnie, szybko i codziennie inaczej. Z dbałością, która dotyczy nie tylko tych, dla których gotuję, ale obejmuje też produkty. (To dlatego nigdy nie chlapnę, byle szybciej, olejem na przygotowane do pieczenia ziemniaki i warzywa, tylko lekko skropię je oliwą. I dlatego nie sypnę ich papryką, tylko utrę w możdzierzu swoją mieszankę).
Bez stresu, bez ciśnienia pod tytułem "co by tu zrobić", otwieram szafkę i lodówkę. Wyjmuję tylko parę składników. Te, które akurat dziś wyjątkowo lubię, albo te, o których wspomniał z apetytem ktoś z domowników. I jeden, albo dwa, które trzeba by już zużyć, często jest to kawałek żółtego sera, gotowany czy pieczony drób z poprzedniego dnia, resztki jarzyn.

Raczej nie chcę, żeby ktoś mi pomagał, wolę sama obrać warzywa, robię to szybko i po swojemu (np. obieraczką do warzyw obieram ze skórki całą paprykę), prawie wcale przy tym nie bałaganiąc.

Zauważyłam, że za dużo zużywa się u nas czasu na przygotowania do gotowania. Może dlatego w rezultacie często w ogóle się z niego rezygnuje. Nie warto gotować dużej ilości byle jakiego jedzenia. Obierania warzyw nie wolno traktować jak niegroźnej, ale jednak tortury, do której zasiada się z ciężkim westchnieniem. Dużo szybciej obiera się warzywa na stojąco, a szybciej i bezpieczniej kroi się je nie w powietrzu, tylko na desce.

Występują też takie moduły przyzwyczajeń, które każdemu składnikowi, (dotyczy to zwłaszcza warzyw), przypisują tylko jeden właściwy mu sposób przyrządzenia. Jeśli kalafior, to gotowana w całości głowa, podana "po polsku" z bułeczką na maśle. A przecież można odłamać parę różyczek, surowe podsmażyć na oliwie z masłem i poznać jego całkiem nowy, lekko migdałowy smak. W lodówce zostanie nam jeszcze kalafior, możemy zrobić z niego następnego dnia zupę-krem, jarzynową, albo ugotować nie za miękko, zjeść na zimno jako sałatkę np. z tuńczykiem, jajkiem na twardo, ogórkiem i winegretem, albo z innymi warzywami ugotować na patelni warzywne curry, albo lekko podgotowany, podsmażyć z pokrojoną w kostkę szynką, i zjeść z jajkiem sadzonym, szczypiorkiem i grzanką, albo lekko podgotowany zalać sosem beszamelowym, albo jajkiem wymieszanym ze śmietanką, posypać tartym serem i zapiec na rumiano, albo... mogłabym tak długo jeszcze.

Codzienny obiad robię w pół godziny, nie używając przy tym żadnych półproduktów, ewentualnie mrożonki, albo pomidory, czystą fasolę, czy cieciorkę w puszce. Pamiętam o najzwyklejszych i niezwykłych warzywach. Zwykły korzeń pietruszki można upiec, usmażyć, połączyć z innymi warzywami - co całkowicie odmienia jego rozgotowany, mdły smak, znamy nam zwykle z rosołu, to warzywo umie być naprawdę zaskakująco smaczne.

Nie bójcie się fenkułu, cukinii, bakłażana i selera naciowego. To są po prostu też warzywa, trzeba traktować je jak inne, nie dać się formułce "zrobiłabym, ale nie wiem jak się je przygotowuje". Jeszcze niedawno nie uwierzyłabym, że po 20 latach dobrze zaopatrzonych sklepów, tysiącach przepisów w czytanych przecież szeroko pismach kobiecych, w środku Warszawy, gotujące kobiety w średnim wieku, przychodzące zjeść w naszym małym lokalu, same mi mówią, że nie wiedzą jak przyrządzić cukinię, nie znają sera mozzarella, myślą, że dorada to rodzaj mięsa. Codziennie piszę kredą na tablicy nowe menu, dla gości problemem jest już nazwa "penne 4 sery", "krupnik turecki" z kaszą bulgur powoduje trudności w czytaniu, kurczak po marokańsku z kuskusem każe pytać, co to są te kuskusy.

Ja muszę to zmienić. Chciałabym opowiedzieć, ale i pokazać, jak gotować na co dzień, jak obudzić się i otworzyć kulinarnie. Nauczyć się międzynarodowego, kulinarnego języka. Nie bać się, zrozumieć i umieć wykorzystać bogactwa kuchni. Bez grubego portfela, bez rewolucji w kuchni i konieczności korzystania z książek kulinarnych. Wtedy nie dacie się w modnym miejscu oszukać rozrzuconym na talerzu w niby artystyczny sposób plasterkom grillowanej cukinii za trzydzieści parę złotych. Sami zrobicie lepsze parokrotnie taniej. Bardzo lubię wyjścia do restauracji, wolę jednak rzadziej, a do godnych zaufania.

Być może lekcje kulinarne cieszyć się będą wiekszym zainteresowaniem niż blog. Łatwiej jest zapamiętać, widząc, jak się to robi, występując najpierw w tym razem bezpiecznej roli ucznia i zaraz potem próbującego dania jury . Dokładne opisywanie wszystkich czynności związanych z gotowaniem jest, sama to wiem, nudne. Pachnie technologią budowy silnika i skomplikowaną instrukcją jego obsługi.
Jeszcze tylko trochę przygotowań i wszystkich chętnych zaproszę na pierwszą lekcję.

Kulinarne inspiracje i przepisy przychodzą z różnych stron. Największe zasługi mają prawdopodobnie podróże, ale filmy też potrafią coś podpowiedzieć, albo przypomnieć.
Zupełnie nieudanemu według mnie filmowi pt. "Służące" zawdzięczam kurczaka z papierowej torby. Warto byłoby zajrzeć do kuchni lat 60-tych u tych pań; czarnych, zazwyczaj tęgich, troskliwych nianiek i gosposi na południu Stanów. Jedna z nich, bohaterka filmu, stojąc, energicznie potrząsa trzymaną w rękach dużą, papierową torbą. W ten posób przygotowuje udka kurczaka, których powierzchnia pokrywa się w torbie wymieszanymi z mąką przyprawami.

Takie smażone kurczaki to prototypy tych najbardziej dziś znanych na całym świecie. Lubię próbować je takimi, jakie były, zanim dały się przerobić na przemysłowe. Ciekawe, jak smakowała domowa cola, bo przecież i ona stamtąd pochodzi.


Smażony kurczak z południowych Stanów

4 porcje kurczaka (udka, piersi)
1/4 l mleka
ząbek czosnku
łyżeczka tymianku
sól, pieprz, chili
1/2 szklanki mąki
planta do smażenia

Umyte mieso zalać mlekiem, dodać roztarty z solą czosnek i tymianek, wymieszać, zostawić na noc lub na ok. 6 godz.
W papierowej (albo plastikowej torbie) wymieszać mąkę z solą, pieprzem i chili.
Kurczaka wyjąć, osuszyć, kawałki wkładać po kolei do torby z mąką , wstrząsnąć kilka razy. Smażyć na rozgrzanym tłuszczu ok. 10 min z każdej strony (piersi ok. 5 min), zmniejszyć ogień na b.mały, przykryć i smażyć kolejne 12 min. Osączyć z tłuszczu na papierze.
Na zdjęciu, po to, by podkreślić pochodzenie dania, jest jeszcze kukurydziana bułeczka, ale sałatka raczej europejska; lżejsza niż coleslaw.
Trwa ładowanie komentarzy...