Sałata i winegret

Wszystko zaczyna się na straganie. Główki falbaniastych sałat, guziki brukselki, bakłażany jak motki fioletowej wełny, góry zielonych papryk i czerwonych pomidorów. Sałaty, utytułowane niczym włoskie opery ; "Lollo rosso", "Eskariol","Batavia", "Radicchio".
Przechodzisz obok, a apetyt spada na ciebie jak nucona od samego rana, nie dająca się przegonić melodia.

Do domu przynoszę "liść dębu" i sałatę rzymską, która na stole z przekąskami przetrzyma oczekiwanie nawet na mocno spóżnionych gości.
Chociaż nigdy i nikomu się nie chce, sałatę najlepiej myć od razu, kiedy jest jeszcze świeża i krucha. Do sałaty trzeba mieć tak zwaną szczęśliwą rękę. Nic dziwnego, że teoretycznie proste w wykonaniu danie rzadko osiąga swoją wielkość, czy na mieście, czy w domu. Albo liście są za duże, albo pokrojone nożem, albo nie są idealnie czyste, albo mają nieusunięte twarde głąby, sosu jest za mało, albo za dużo, za wcześnie był dolany, albo nie został dobrze wymieszany. Zresztą, po pierwsze, kto tu umie zrobić dobry sos? Smaku sałata nabiera jedynie dzięki dobremu sosowi. I nigdy w życiu nie będzie dobrym gotowy sos z torebki!
Co myslicie o kromce pysznego chleba z masłem i plasterkiem sera?
Czy to dobre drugie śniadanie ? Jednak trochę nuda, prawda? Pod plaster sera kładziemy więc listek sałaty, a na nim krążki ogórka i rzodkiewki, posypujemy przecinkami szczypiorku, robimy mały kleks z żurawiny, wkładamy piórko czerwonej papryki, listek rukoli i mały kłębek kiełków ( ja skrapiam jeszcze wszystko dobrą oliwą, co tam plamy).
Kiedy jemy taką kanapkę, smaki łącząc się, dają nam o wiele więcej niż zwykła kanapka z serem. Coś chrupie, coś jest słodkie, a coś lekko ostre i szczypiące, za chwilę coś kwaśnego spotyka coś świeżo rześkiego. Zamiast nudy jest niespodzianka, zamiast samych węglowodanów, tłuszczu i białka - dodatkowe witaminy.
Tak to działa, na tej samej zasadzie zbudujemy fajną sałatę, a może nawet i niewielką, ale jednak ucztę.
Sałata jest ciekawsza, kiedy łączy w sobie parę gatunków różnokolorowych liści ( dla smaku, dla własnej i naszej urody). Obok liści zielonej sałaty, niech będą w niej ciemne listki szpinaku i jasne cykorii, może troszkę pasków pięknej, gorzkawej radicchio, pikantna, lekko orzechowa rukola. Jesienią trzeba do niej dodać parę słupków świeżo pokrojonej, surowej kalarepki, plastry nieobranej, dojrzałej gruszki, prażone pestki dyni, może troszkę ulubionego sera i koniec, nic więcej prócz swojej roboty dressingu. Dopiero dressing ubiera sałatę.

Sałata, imbirowe grzanki, prażone migdały

grzanki imbirowe:
kawałek - ok 3 cm - obranego imbiru
łyżeczka soku z cytryny
6 kromek pieczywa
oliwa

ulubiona sałata
1/2 filiżanki lekko uprażonych
płatków migdałowych
jabłko
sok z cytryny
olej z orzechów włoskich
pieprz

Starty na drobnej tarce imbir zalać w małej miseczce sokiem z cytryny, wymieszać.
Rozgrzać piekarnik do 180 stopni.
Pieczywo posmarować imbirem, skropić paroma kroplami oliwy. Piec 7 - 10 minut.
Wyjąć z pieca, pozostawić owinięte w folię aluminiową na 10 minut.
W tym czasie przygotować sałatę z jabłkiem i płatkami migdałów, całość skropić sokiem z cytryny i bardzo delikatnie olejem z orzechów włoskich. Podać z imbirowymi grzankami.




Dobre, nawet bardzo, ale ja potrzebuję czegoś, co zaśpiewa jak Zaz. Zaskakujaco, słodko i kwaśno, rzewnie i zadziornie. Tak, że chce się zatańczyć. Dawać mi tu te wszystkie słoiczki, ciemną butelkę z octem, dzbanuszek z celnie wlewającym olej dzióbkiem i porządną rózgę.
Zaczyna się ceremonia. Zaraz będę ważna, potem jeszcze ważniejsza, bardzo zmęczona i spocona z wysiłku.
Głęboka miska ustawiona na wilgotnej ściereczce. Trzy duże szczypty bieli soli, parę skrętów młynka z czarnym pieprzem, łyżka dobrego octu, miód i musztarda. To baza, którą starannie ucieram rózgą, zawsze w jednym kierunku. Dopiero po dłuższej chwili można odważyć się dodawać po kropelce olej, w końcu staram się połączyć coś, co łaczyć się bardzo nie chce.
Kręcę rózgą jak szalona, trwam w kulinarnym biegu, boli ręka, ciepło, cieplej...bardzo gorąco! Jest ok! Sos już gęstnieje, błyszczy aksamitem, kusi, żeby zanurzyć w nim palec, chce oblepić go muślinowym naparstkiem, ale nie, jeszcze za wcześnie, nie wolno przerwać ucierania, wszystko może się popsuć i zamiast gęstego balsamu w misce zostanie kałuża.
W połączeniu z wysoko uniesioną w ręce metalowa kanką, z której cienką strużką wciąż płynie olej, jestem jak instrument, który właśnie odnalazł równy rytm.
Gęsty, pyszny winegret.
Jeśli czekają na mnie jakieś nagrody, to tylko w kuchni.

Dobrzy znajomi i dobrzy nieznajomi, odważnym można być nawet w warzywniku. Rutynie już dziękujemy, nie będziemy do pani dzwonić. Sięgamy po coś, czego do tej pory nigdy nie kupowaliśmy; kalarepę, nieznany koper włoski, szaleńczo postrzępioną sałatę, dojrzałe awokado, czerwoną kapustę. Kroimy warzywa w cienkie paski, skrapiamy cytryną, łączymy fiolet kapusty z pomarańczem pomarańczy i zielenią liści. Potem prażymy pestki, (warto prażyć), robimy winegret (najbardziej warto robić!), częstujemy i zbieramy dzikie pochwały.
Częstujcie koniecznie tych, którzy myślą, że nie lubią sałat. Dzięki temu parę osób może przekona się, że z winegretem zjedzą wszystko. Winegret to mały, dziewiąty cud świata.

Winegret
(ok. 1/2 filiżanki)

2 łyżki białego lub czerwonego octu winnego (albo sok z cytryny)
sól, pieprz
łyżeczka musztardy
łyżeczka miodu
6 - 8 łyżek oleju (oliwy)

Rózgą utrzeć ocet, sól, pieprz, musztardę i miód.
Dolewać olej kropla po kropli , ubijać do połączenia (powinna powstać gęsta emulsja).
Doprawić do smaku.



Za kazdym z nas dziesiątki egzaminów z najbardziej niepotrzebnych nam dziedzin. Przeegzaminowali nas ze wszystkiego, tylko nie z tego, jak jeść, żeby być zdrowszym, mądrzejszym i ładniejszym.
Uwaga, nadciąga pomoc, winegret zmienia "zdrowe" w smaczne!
Trwa ładowanie komentarzy...